Jedyna rzecz, której brakuje w filmach z uniwersum Marvela

Jedyna rzecz, której brakuje w filmach z uniwersum Marvela
Paula

Paula

Miłośniczka pisania, pasjonatka planowania imprez, fanka seriali, kocia i psia mama, żona swojego męża. Blogerka, edytorka, korektorka, fotografka, graficzka: w blogowym świecie — człowiek orkiestra.
Paula

Dziesięć lat filmowego uniwersum Marvela, kilkanaście filmów, charyzmatyczne postacie grane przez świetnych aktorów. Czego w tym idealnym, superbohaterskim świecie może brakować?

Zaczęło się 10 lat temu od Iron Mana. Robert Downey Jr. odegrał świetną rolę ekscentrycznego, charyzmatycznego i zapatrzonego w siebie Tonego Starka — to wtedy powoli zaczęła kształtować się grupa Avengers. Później pojawił się Hulk (chociaż Norton jakoś do mnie nie przemawiał, dzięki Bogu za Ruffalo!), Thor — syn Odyna i Kapitan Ameryka. Przy okazji Avengersów nie można nie wspomnieć również o Hawkeye’u, i Nicku Furym, który spoił grupę.

Poza głównym składem Avengers mamy też oczywiście młodego Spidermana, doktora Strange’a, Ant-Mana, najnowszego bohatera — Czarną Panterę, oraz Bucky’ego i brata Thora — Lokiego, który czasami staje po stronie dobra, a czasami po stronie zła.

Czegoś brakuje? Jednego — kobiet.

Jedyna rzecz, której brakuje w filmach z uniwersum Marvela

Na czele niewielkiej damskiej reprezentacji stoi oczywiście Czarna Wdowa, zaraz za nią stoi Scarlet Witch. W poszczególnych filmach pojawia się jeszcze kilka kobiecych bohaterek: dawna miłość Rogersa oraz agentka Carter (wiecie, dziewczyna Kapitana była chyba jej ciotką), oczywiście Pepper Potts (której zaskakująco mało jest w każdej kolejnej części, biorąc pod uwagę, co łączy ją z jednym z najgłówniejszych bohaterów), matka Thora oraz jego przyjaciółka-wojowniczka i być może 2-3 babeczki z „Czarnej Pantery” (nie wiem, nie oglądałam).

Oczywiście, jeśli weźmiemy pod uwagę również Strażników Galaktyki (a weźmiemy, bo w nowych Avengersach się pojawiają), to dochodzą jeszcze dwie „większe” kobiece postacie — Gamora i jej niebieska siostra.

Specjalnie piszę „większe” — bo mimo, że bohaterki te mają spore znaczenie dla fabuły i niewątpliwie są lubiane przez widzów, to jednak nie poświęca się im tyle czasu i uwagi, co męskim postaciom. Owszem, wiemy o nich co nieco, często są pomocne, a nawet niezastąpione, ale nie oszukujmy się — czy wątek Gamory był rozwinięty równie mocno, jak wątek Star-Lorda? Czy większość kobiecych postaci nie jest aby jedynie epizodyczna, pojawiają się na chwilę, a później znikają i słuch o nich ginie? Czy to nie dziwne, że podczas, gdy większość Avengerów doczekała się już 2-3 filmów poświęconych swojej historii, Czarna Wdowa nadal nie ma ani jednego?

Jeśli weźmiemy pod uwagę „Infinity War”, na upartego możemy twierdzić, że wątek Gamory został trochę rozwinięty (chociaż nazwałabym to raczej wątkiem Thanosa, a więc kolejnej dużej i ważnej męskiej postaci), że poświęcono jej więcej czasu ekranowego i pokazano część jej historii, nadal jednak nie jest tak silną i niezależną kobietą, jak mogłaby być.

Nie zrozumcie mnie źle — nie jestem zakręconą feministką, która obraża się na Marvela, bo mają w filmach za mało babeczek. Nie uważam, że zamiast trzech części „Iron Mana” powinny powstać trzy filmy o Czarnej Wdowie. Nie brakuje mi Pepper Potts i nie pragnę, żeby w którymś z filmów nagle pojawiła się jako Iron Woman.

Uważam jedynie, że dziś, kiedy świat coraz bardziej przychylnie patrzy na feministki (ale te rozsądne i normalne) i coraz więcej mężczyzn również uważa się za feministów, Marvel mógłby pomyśleć o poświęceniu odrobiny więcej czasu swoim bohaterkom. Tym bardziej, że wśród widzów mnóstwo jest dziewczyn, które chciałyby utożsamić się z jakąś bohaterką — ale jak to zrobić, kiedy większość z nich pojawia się tylko na chwilę, a o tych, które zostają na stałe nadal stosunkowo niewiele wiadomo, nadal za mało je widać?

George Lucas ponad 40 lat temu stworzył mocno sfeminizowane uniwersum pełne silnych, niezależnych kobiecych charakterów, które często są głównymi postaciami i wokół nich kręcą się poszczególne wątki. Dlaczego w uniwersum Marvela nie ma ani jednej bohaterki równie silnej i charyzmatycznej, jak postacie męskie? Dlaczego Czarnej Wdowie nie pozwolono rozwinąć się na ekranie tak, jak Iron Manowi, Thorowi czy Kapitanowi Ameryce? Dlaczego żadna z postaci kobiecych nie jest na tyle silna, żeby zrobić coś przełomowego, zmienić losy świata lub uratować go przed zagładą — tak, jak bez problemu robią to postacie męskie?

Powtarzam jeszcze raz, bo nie chcę być opacznie zrozumiana: od pierwszej części „Iron Mana” zauroczył mnie ten świat, uwielbiam patrzeć na ten wylewający się z ekranu testosteron, uwielbiam tę męskie postacie odgrywane przez bardzo dobrych aktorów, po prostu żałuję, że ani jeden damski charakter w tym uniwersum nie jest równie silny. I mam ogromną nadzieję, że w kolejnych latach zacznie się to zmieniać. Wierzę, że zapowiadana na przyszły rok „Kapitan Marvel” będzie przełomem.

A Wy oglądacie filmy Marvela? Jakie są Wasze wrażenia, jeśli chodzi o postacie kobiece w tym uniwersum? A może są też inne filmy, seriale lub książki, w których brakuje fajnych, ostrych babek? Dajcie znać w komentarzach!