RECENZJA: „Spotlight”.

RECENZJA: „Spotlight”.
Paula

Paula

Miłośniczka pisania, pasjonatka planowania imprez, kocia mama i przyszła żona. Blogerka, edytorka, korektorka, fotografka, graficzka: w blogowym świecie — człowiek orkiestra.
Paula
Przyznaję bez bicia — o „Spotlight” usłyszałam dopiero po tym, jak dostał Oscara. Byłam umiarkowanie zainteresowana produkcją o aferze pedofilskiej w kościele, jednak właściwie w ostatniej chwili postanowiłam wybrać się na ten film do kina i mogę powiedzieć jedno — dobrze zrobiłam.
spotlight

Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to muzyka, która trochę nie pasowała mi do tego filmu. Za bardzo kojarzyła mi się ze „Zmierzchem” (i słusznie, bo Howard Shore, który napisał muzykę do „Spotlight”, pracował również przy „Zaćmieniu”). Nie umiałam się od niej odciąć i, niestety, trochę mnie rozpraszała, ale to chyba jedyny minus filmu. 

„Spotlight” pokazuje przede wszystkim rzetelną, ciężką pracę dziennikarzy, którzy w stu procentach poświęcają się sprawie. Jeśli ktoś dziwi się, dlaczego zdecydowałam się skierować moje wykształcenie i karierę właśnie w tą stronę, to ten film jest odpowiedzią. Właściwie, to w dzisiejszych czasach, szczególnie w Polsce dziennikarstwo wygląda zupełnie inaczej, ale to temat na inny raz, nie chciałabym odbiegać o filmu. 
Powtarzam: „Spotlight” jest przede wszystkim filmem o kawale genialnie wykonanej dziennikarskiej roboty, co — przyznaję — mocno wpłynęło na moją opinię i ocenę. Temat śledztwa dziennikarskiego w moim odczuciu jest kwestią drugoplanową (chociaż niesamowicie ważną, ale o tym później). Podejście do pracy, poświęcenie, rzetelność, sposób zbierania poszlak i dowodów oraz zaangażowanie dziennikarzy z redakcji bostońskiego dziennika po prostu mnie zauroczyły i dzięki tym szczegółom produkcja bardzo wiele zyskała w moich oczach. 
Dziennikarze The Boston Globe podczas swojego śledztwa, rozpoczętego w 2001 roku i trwającego do końca 2002 ustalili, że około 6% księży jest pedofilami, którzy molestowali, nadal molestują dzieci. To oznacza, że mniej więcej jeden ksiądz na dwudziestu ma na sumieniu gwałt lub molestowanie nieletnich! Ich przełożeni, a często również rodziny pokrzywdzonych dzieci i lokalna społeczność bardzo często doskonale o tym wiedzą i ukrywają prawdę. Księża pedofile są po prostu częściej przenoszeni do innych parafii, to wszystko.

W tym miejscu muszę przypomnieć, że film jest oparty na faktach, co oznacza, że powyższe statystyki jak i reakcje są jak najbardziej prawdziwe. Naprawdę wierni i przełożeni kryją księży, którzy molestują dzieci!

Kardynał Law, oskarżony o zatajanie przestępstw popełnianych przez bostońskich księży, został „za karę” przeniesiony do Rzymu, a w 2005 roku brał udział w konklawe, które wybrało nowego papieża. Nic dziwnego, że duchowni nie bali się gwałcić i molestować dzieci, skoro jedyną konsekwencją, jaką ewentualnie ponosili, było przeniesienie we wcale nie gorsze miejsce. Nie będę komentować stanowiska głowy kościoła katolickiego w tej sprawie, bo to już zbyt grząski grunt. 
W samym Bostonie ostatecznie „odkryto” dziewięćdziesięciu księży molestujących nieletnich oraz ponad tysiąc ofiar. Należy dodać, że było ich więcej, ale wiele z nich nie potrafiło poradzić sobie z sytuacją i odebrało sobie życie. Przez księży. Którzy „za karę” byli przenoszeni do innych kościołów. W których mogli znowu molestować dzieci. 
W filmie jeden z dziennikarzy „Spotlight”, Mile Rezendes, mówi do swoich kolegów, że taka sytuacja mogła przytrafić się każdemu z nich — wszyscy w końcu byli wychowani w katolickich rodzinach i jako dzieci chodzili do kościoła. Szef zespołu reporterów, Walter Robinson, był w dzieciństwie uczniem jednego z molestujących księży. 
Oglądając film, pomyślałam o chłopakach (teraz już facetach), których znałam w dzieciństwie i którzy byli ministrantami. Przez naszą parafię przez ostatnie piętnaście lat niewątpliwie przewinęło się co najmniej dwudziestu księży. Statystyki wskazują, że jeden z nich mógł molestować dzieci. W moim kościele, gdzie swego czasu udzielałam się jako ministrantka. Mogło trafić  na kogokolwiek z nas, naprawdę.

Film sam w sobie nie jest arcydziełem, ale porusza tak ważny i — niestety — zakopywany temat, że naprawdę warto go obejrzeć. Nie nudzi, jest ciekawy i wciągający, a fakt, że to prawdziwa historia bardzo mocno działa na świadomość widza.

Jeśli ktoś wybiera się na „Spotlight” dla rozrywki, to niech lepiej przebukuje bilety na jakąś komedię. „Spotlight” nie służy do zabawy, ale do uświadamiania ludzi, jak powszechny jest problem pedofilii w kościele katolickim. Jeśli kogoś nie interesują te fakty, to film raczej nie jest dla niego.

Oglądając „Spotlight” wyłączyłam się na wszystko, poza fabułą (i muzyką, która tak mnie drażniła) i polecam właśnie tak oglądać ten film. Nie do końca chodzi o to, żeby oceniać aktorów czy dekoracje. Skupmy się na zrozumieniu problemu, przyjrzeniu się z bliska rzetelnej pracy dziennikarzy i zastanówmy się przez chwilę nad wydarzeniami. To jest, moim zdaniem, główne kryterium oceny „Spotlight”. Reszta schodzi na drugi plan. 

A Ty widziałeś „Spotlight”, albo zamierzasz obejrzeć? 
Co myślisz o — nie da się ukryć — kontrowersyjnej tematyce filmu? 

Jeśli Ty też prowadzisz bloga, zajrzyj do mojej facebookowej grupy dla rozwijających się blogerów 🙂 Możesz również polubić mnie na Facebooku, żeby być na bieżąco z nowymi postami i innymi informacjami 🙂