Dlaczego kobieca literatura popularna jest zła?

Dlaczego kobieca literatura popularna jest zła?
Paula

Paula

Miłośniczka pisania, pasjonatka planowania imprez, kocia mama i przyszła żona. Blogerka, edytorka, korektorka, fotografka, graficzka: w blogowym świecie — człowiek orkiestra.
Paula
Wiele osób rozwodzi się nad wyższością literatury wysokiej nad popularną. Albo nad wyższością „męskiej” literatury popularnej (pisanej przez mężczyzn dla szerokiego grona odbiorców) nad „kobiecą” (pisaną głównie przez kobiety dla kobiet). 
Czy rzeczywiście literatura kobieca jest gorsza i poważne osoby nie powinny jej czytać? 

Uwielbiam czytać i od dawna myślałam, że nie mam na to czasu. Zupełnie zapomniałam, że w ciągu dwóch, czy trzech tygodni wakacji przeczytałam lekką piętnastotomową serię młodzieżową. Jedna książka w dzień, ewentualnie półtora dnia. No ale tak, to były wakacje, miałam wolne, miałam czas na czytanie. Tylko, że już po wakacjach udało mi się w cztery dni przeczytać czterystutronicowe „Lśnienie”. Czas się jednak znalazł. 

Nigdy nie zamykałam się w jednym gatunku. Uwielbiam kryminały, thrillery, przetrawię nawet horrory (ale tylko książkowe). Czasami przyjdzie mi ochota na komedię obyczajową, czy romansidło i to też jest ok. 
Jednak zazwyczaj kiedy ktoś pyta mnie, co czytam (a już szczególnie na uczelni!), jest mi głupio powiedzieć, że jestem cichą fanką Grocholi albo, że ostatnio po raz setny przeczytałam „Księżniczki z Park Avenue”. Staram się walczyć sama ze sobą i mówić o książkach, które czytam, ale mam wrażenie, że ode mnie — przyszłej pani filolog — wymaga się czegoś zupełnie innego. 
Ostatnio na zajęciach wywiązała się rozmowa o wyższości literatury wysokiej nad popularną. Okazało się, że żadna z nas (tak, grupa pełna bab) nie czyta tak zwanej „literatury wysokiej” i nie do końca wiemy, co się do niej tak naprawdę zalicza, mimo to jesteśmy święcie przekonane, że ona istnieje, ale nie jest dla nas. 
Co to oznacza? Co jest literaturą wysoką? Książki pisane przez znanych poważanych profesorów? A może powieści autorów nagrodzonych najznakomitszymi literackimi trofeami? Chyba, że do literatury wysokiej zaliczymy „poważne” bestsellery, to znaczy takie bez żartów i historii miłosnych, takie z półki „polecane” w Empiku? 
Czy rzeczywiście wstydem jest czytać książki takie, jakie nam odpowiadają, co więcej — które opowiadają o życiu podobnym do naszego, albo o takim, jakie chcielibyśmy wieść? 
Wpadłam wczoraj do bibliotek (jedna mi nie wystarcza) i w szale, który ogarnia mnie przy każdej wizycie, zgarnęłam z półek w sumie osiem książek. Nawet babeczka (w tej bibliotece, gdzie wzięłam ich aż pięć) zauważyła, że wszystkie są „na jedno kopyto”, bardzo babskie. Widząc, że oddaję Nesbo, stwierdziła „no jasne, trzeba czasami odpocząć”. Czy tylko odpoczynek od „poważnej” literatury pozwala ludziom na czytanie książek lekkich, które połyka się w jeden wieczór? 
Dopiero teraz, robiąc książkom zdjęcia, zauważyłam, że tylko jedna została napisana przez mężczyznę (zgarnęłam ją z półki „polecane”, nawet nie sprawdziłam, o czym jest).  Można powiedzieć, że  literatura kobieca zmonopolizowała w tym miesiącu moją półkę na książki. Czy ten rodzaj książek jest w czymś gorszy od wszystkich pozostałych? Czy to coś złego, że raz na jakiś czas, zamiast czytać o ludzkich dramatach albo tajemniczych morderstwach, wolę przypomnieć sobie, jakie butiki znajdują się na Piątej Alei, dzięki książkom bardziej skupiającym się na opisach kreacji, niż charakterów postaci? 
Nie. W tym miesiącu książki, i to nie byle jakie, a „babskie” są moim totalnym ulubieńcem i nigdy więcej nie zamierzam się tego wstydzić. 
A Wy jakie książki najchętniej czytacie? 
Lubicie sięgać po literaturę kobiecą? 
Macie czasami opory przed przyznaniem się do czytania lekkich romansów? 
Post powstał w odpowiedzi na aż dwa wyzwania blogowe: 
CzekoAda zadała napisanie o ulubieńcach jesieni. 
Tematem u Rosaline była kobiecość. 
Chyba całkiem nieźle poradziłam sobie z jednym i drugim. 
Jeśli się zgadzasz, udostępnij ten post, albo polub mnie na Facebooku 🙂